Dyskusja o populizmie z udziałem Marka Borowskiego, Adama Chmielewskiego oraz Michała Syski          

Wielu Europejczyków, którzy w wyniku neoliberalnych przemian stracili poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa socjalnego, nie znajduje remedium na własne lęki i obawy w programach tradycyjnych partii i instytucji. Coraz bardziej widoczne zacieranie różnic – zwłaszcza w sferze postulatów ekonomiczno – społecznych – między formacjami lewicowymi i prawicowymi spowodowało, że to populiści zaczęli się jawić jako jedyni rzecznicy alternatywnych rozwiązań wobec panującego status quo.

Ira Katznelson, profesor z Columbia University w Nowym Jorku i jednocześnie wybitny przedstawiciel amerykańskiej lewicy akademickiej, słusznie zauważa że:„odrzucenie ideologii oznacza wyzbycie się pewnego istotnego elementu zdrowej demokratycznej polityki. Bez ideologicznych drogowskazów łączących profesjonalną wiedzę z masowym oddziaływaniem demokratyczna polityka byłaby tak chaotyczna, że łatwo mogłaby ulec autorytarnym i totalitarnym opcjom. Nieokreślony pragmatyzm połączony z demokratycznymi instytucjami nie stanowi recepty na pełne treści życie polityczne; w polityce, w której brakuje spójnych form wywodzących się z ideologii, tkwi potencjał zagrażający zubożeniem postaw obywatelskich i sfery publicznej. Co gorsza, brak związku pomiędzy ideologicznymi wizjami i bieżącą polityką dezorganizuje normalne, codzienne życie demokracji i grozi pozostawieniem sfery ruchów społecznych i szerzej zakrojonych zbiorowych działań antyliberalnym ruchom kierowanym przez sfrustrowanych, wrogich imigrantom populistów, takich jak Jean – Marie Le Pen czy Patrick Buchanan.”

Europejskie partie socjaldemokratyczne, które pod koniec lat 90. ubiegłego wieku objęły władzę w większości państw UE, skapitulowały wobec thatcherowskiego hasła „TINA” („there is no alternative”) i mniej lub bardziej gorliwie realizowały politykę deregulacji i prywatyzacji, podpierając się pseudoideologiami "New Labour" czy "Neue Mitte". Przesuwając się do politycznego centrum, stworzyły warunki do narodzin nowego, prawicowego populizmu.

Chantal Mouffe, profesorka teorii politycznej na University of Westminster w Londynie, pisze, że ”pogodzeniu się lewicy ze znacząca rolą pluralizmu i instytucji liberalno – demokratycznych towarzyszyło błędne przekonanie, że oznacza to rezygnację z jakiejkolwiek próby zaproponowania alternatywy dla obecnego hegemonicznego konsensu. Stąd wzięła się sakralizacja konsensu, zatarcie rozróżnienia lewica/prawica i pragnienie większości partii lewicowych, by ulokować się w centrum. Oznacza to jednak niezrozumienie istoty rzeczy, nie tylko gdy chodzi o konflikt jako najbardziej podstawową realność życia społecznego, lecz również jego integrującą rolę w nowoczesnej demokracji. Sprawnie funkcjonująca demokracja wymaga konfrontacji demokratycznych stanowisk politycznych, a w tym celu konieczna jest autentyczna debata na temat dostępnych alternatyw. Konieczny jest konsens dotyczący podstawowych instytucji demokracji. Zawsze jednak będzie istniał spór dotyczący wdrażania sprawiedliwości społecznej w obrębie tych instytucji.”

Według niemieckiego socjologa Ulricha Becka siła i potencjał dywersyjny populizmu "polega na tym, iż splata, absorbuje, łączy i syntetyzuje prawicowe cele z lewicowymi metodami: w jasnym świetle masowych mediów łamie istniejące tabu, aby wyzwolić trucicielski potencjał antynowoczesnych resentymentów, co znajduje odzwierciedlenie w oficjalnych reakcjach".

Populizm czerpie swą siłę z ludzkich frustracji i lęków związanych z transformacją modelu opiekuńczego w społeczeństwo ryzyka, ale paradoksalnie wspiera ten kierunek polityki, który owe frustracje i lęki rodzi. Społeczny gniew jest kierowany przeciwko sztucznie wykreowanym wrogom publicznym, a nie przeciwko niesprawiedliwym mechanizmom gospodarczym. Dla powodzenia neoliberalnego projektu lepiej jest, aby ludzie zajmowali się atakowaniem Arabów, Żydów czy "pedałów", zamiast organizować się w wokół postulatów ekonomicznych i politycznych.

Wydaje się, że z podobną sytuacją mamy do czynienia w Polsce. Partie tworzące dziś koalicję rządową doszły do władzy dzięki poparciu tej części społeczeństwa, która nie należy do beneficjentów transformacji ustrojowej. Jednak prawicowi populiści nie proponują żadnych systemowych projektów na rzecz wyrównywania szans życiowych Polaków. Wolą organizować emocje wykluczonych grup społecznych wokół walki z „układem”, gejami i lesbijkami i rozprawą z „komunistyczną agenturą”, oddając jednocześnie ministerstwo finansów we władanie sztandarowej postaci nadwiślańskiego neoliberalizmu, a Zakład Ubezpieczeń Społecznych pod nadzór szefa skrajnie wolnorynkowego Centrum im. Adama Smitha.

Czy jesteśmy więc już na trwałe skazani na – pozorny jak się okazuje - wybór między neoliberałami a prawicowymi populistami? Czy jest jeszcze inna droga?

Na te pytania starali się odpowiedzieć uczestnicy debaty zorganizowanej przez Ośrodek Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a we Wrocławiu pod medialnym patronatem „Przeglądu”. Wprowadzenia do dyskusji dokonali prof. Adam Chmielewski, filozof z Uniwersytetu Wrocławskiego, oraz Marek Borowski, lider SdPl.

Uczestnicy debaty byli zgodni, że to po stronie lewicy stoi zadanie stworzenie alternatywy wobec dwóch dominujących obozów. Lewica musi jednak pamiętać, że to nierówności społeczne i związane z nimi frustracje są przyczyną akceptacji autorytaryzmu, ksenofobii i nietolerancji przez wielu Polaków. Wymaga to od formacji lewicowych podjęcia wysiłku wypracowania atrakcyjnej oferty programowej, która wyraźnie odróżniałaby się od koncepcji lansowanych zarówno przez PiS, jak i PO. Musi być to oferta zawierająca perspektywiczną wizją rozwoju oraz bardzo konkretne rozwiązania najważniejszych problemów społecznych (np. postulat obniżenia liczby uczniów w klasie). Dzięki temu obywatelom będzie łatwiej rozliczać rządzących z realizacji przedwyborczych zapowiedzi. Zdaniem uczestników debaty, rozczarowanie brakiem realizacji programów wyborczych to też jedna z okoliczności wpływających na wzrost popularności formacji populistycznych.

Lewica musi pamiętać, że systemowe przeciwdziałanie nadmiernym nierównościom i zapewnienie jak najszerszego dostępu do usług publicznych to sposób na budowanie prawdziwie obywatelskiego społeczeństwa, które akceptuje reguły liberalnej demokracji. Ludzi żyjących w poczuciu bezpieczeństwa socjalnego o wiele trudniej straszyć wyimaginowanymi zagrożeniami (agenci, mniejszości narodowe, homoseksualiści) i przekonać do ograniczenia wolności w imię walki z nimi.